O nagłej wszechwiedzy władzy i cudownych odkryciach po fakcie

Udostępnij tę treść:

Jest w administracji publicznej zjawisko fascynujące. Moment, w którym wiedza pojawia się nagle. Nie stopniowo, nie w wyniku kontroli, audytu czy wieloletnich obserwacji, lecz — niczym objawienie — dokładnie wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna.

Jeszcze wczoraj wiedzy nie było. Dziś już jest. A jutro — cóż — jutro będzie akt dyscyplinarny.

Felietonista, w przeciwieństwie do prokuratora, nie musi rozstrzygać winy. Wystarczy mu zadanie prostsze, choć bardziej niewygodne: zadawanie pytań, na które nikt nie odpowiada z entuzjazmem.

Na przykład: dlaczego urzędowa pamięć bywa tak selektywna?

Przez 37 lat pracownik był specjalistą. Potem stał się problemem. Jeszcze chwilę później — zagrożeniem. A na końcu — ciężkim naruszeniem podstawowych obowiązków pracowniczych. To imponująca kariera semantyczna, jakiej nie powstydziłby się żaden bohater literacki, od awansu do upadku w jednym akapicie decyzji kadrowej.

Władza tłumaczy to wiedzą. Nową wiedzą. Taką, której wcześniej „nie było”. Felietonista — z natury podejrzliwy — zauważa jednak, że wiedza ta pojawia się dokładnie wtedy, gdy porozumienie stron przestaje być wygodne, a narracja wymaga korekty.

I tu dochodzimy do sedna felietonu: nie chodzi o dokumenty w szafach, lecz o porządek w opowieści.

Bo jeśli uchybienia były realne i poważne, to dlaczego przez lata nie były wystarczająco poważne, by je zauważyć? A jeśli nie były poważne, to dlaczego nagle stały się śmiertelne zawodowo?

Administracja kocha procedury, ale jeszcze bardziej kocha spójność pozorów. Problem zaczyna się wtedy, gdy pozory się rozchodzą. Gdy „dobrowolne odejście” i „dyscyplinarne zwolnienie” dotyczą tej samej osoby, w tym samym czasie, w tej samej instytucji — tylko w różnych wersjach tej samej historii.

A historia, jak wiadomo, nie lubi poprawek nanoszonych po fakcie. Zwłaszcza takich, które pojawiają się w czasie zwolnienia lekarskiego. To już nie jest tylko kwestia prawa pracy, lecz pytanie o elementarną przyzwoitość instytucji wobec człowieka, który przestał być „funkcjonalny”.

Felietonista nie musi nikogo oskarżać. Wystarczy, że zauważy: państwo, które łatwo przypina etykietę, bardzo rzadko potrafi ją odkleić. A „dyscyplinarka” to etykieta wyjątkowo trwała — odporna na wyjaśnienia, lata pracy i wcześniejsze zaufanie.

Dlatego w tej sprawie nie chodzi tylko o jednego urzędnika i jednego burmistrza. Chodzi o coś znacznie bardziej uniwersalnego: o mechanizm, w którym instytucja zawsze ma rację — nawet wtedy, gdy zmienia ją z dnia na dzień.

Felietonista ma w takich sytuacjach jedną przewagę: pamięta, że władza też powinna mieć spójną wersję wydarzeń. A jeśli jej nie ma, to nie problem pracownika. To problem opowieści, którą próbuje się sprzedać jako prawdę.

I ta opowieść — niezależnie od tego, jak skończy się w Sądzie Pracy — już dziś ma jedną wadę zasadniczą: za bardzo pachnie korektą po fakcie, a za mało elementarną uczciwością wobec człowieka, który przez dekady był „wystarczająco dobry”, aż nagle przestał być wygodny.

Radzynianin z pasją do internetu, z Radzynia, dla Radzynia i… o Radzyniu! Ten człowiek potrafi zamienić każdą wiadomość w ciekawostkę, a każdą ciekawostkę – w internetowy hit. Prowadzi lokalny serwis z energią, której mógłby mu pozazdrościć niejeden influencer. Zamiast kawy – kod HTML, zamiast plotek – świeże informacje. Z pasją śledzi, opisuje i promuje to, co dzieje się w naszym mieście. W jego świecie nie ma rzeczy „zbyt małych”, by o nich napisać – bo każda historia z Radzynia jest warta kliknięcia.

Opublikuj komentarz